#książki, #book, #recenzja

Detoks

Tytuł: Detoks. Zdzisław Beksiński, Norman Leto. Korespondencja, rozmowa

Autor: Zdzisław Beksiński, Norman Leto, Jarosław Mikołaj Skoczeń

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 2018

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Młody malarz i uznany artysta o życiu i sztuce.

Dwóch artystów. Dwie odmienne osobowości. Dwa różne temperamenty. I sztuka, która stała się początkiem przyjaźni.
Młody artysta Łukasz Banach zafascynowany twórczością Zdzisława Beksińskiego postanawia zaryzykować i nawiązać kontakt ze znanym i kontrowersyjnym twórcą. Mimo dzielącej ich różnicy 52 lat zaczynają intensywnie do siebie pisać. Coraz bardziej intymnie, szczerze i odważnie. O sztuce, samotności, depresji i śmierci. Nie boją się stawiać sobie najważniejszych pytań. Fascynującą przyjaźń przerywa morderstwo Zdzisława Beksińskiego. Została korespondencja, która pozwala zobaczyć mistrza w prywatnej odsłonie.

 

Korespondencja pokrewnych dusz

Trudno zebrać mi myśli na temat najnowszej pozycji dotyczącej (tu moja opinia) mistrza polskiego malarstwa abstrakcyjnego, bo jak można opisać 850 stron prywatnej, często bardzo intymnej, korespondencji? Dla mnie Detoks miał być kolejną częścią układanki, która miała mi przybliżyć fascynującą (choć dla mnie nie całkiem zrozumiałą) postać Zdzisława Beksińskiego, od strony, której nie pokazuje nawet najlepsza biografia. Dostałam znacznie więcej.

Postać Łukasza Banacha od czasu do czasu przewijała się w opracowaniach dotyczących Beksińskiego, jednak były to zwykle zdawkowe informacje i z żadnego z nich nie wynikało, że znajomość z młodszym o ponad pięćdziesiąt lat, początkującym artystą była tak bliska i zażyła. To nieprawdopodobne, że dwóch mężczyzn, których dzieli tak wielka różnica wieku zostało tak bliskimi przyjaciółmi. W korespondencji najbardziej urzekł mnie styl pisania Banacha, łudząco podobny do stylu Beksińskiego, co rzuca się w oczy  już od pierwszych listów.

Początkowo widoczny jest duży dystans ze strony Beksińskiego, który nie chciał być niczyim mentorem ani zwierzać się ze swoich prywatnych przemyśleń. Z czasem można zaobserwować jego coraz większe zaangażowanie w utrzymanie tej znajomości, ogrom wsparcia (pozornie niewidocznego) przekazywanego Banachowi i coraz chętniejsze zapraszanie go do swojego życia.

Detoks jest nieocenionym źródłem wiedzy “z pierwszej ręki” na temat technicznych aspektów malarstwa jednego z najsłynniejszych (może najsłynniejszego?) polskich malarzy abstrakcyjnych. A będąc przy temacie twórczości, to od razu zdradzę Wam, że nie ma tutaj relacji uczeń-mistrz. Już raczej dwóch uczniów i dwóch mistrzów, ponieważ każdy z nich uczył drugiego – Beksiński zdradzał tajniki swojego stylu malowania, natomiast Banach odwdzięczał się wiedzą z zakresu grafiki i szeroko pojmowanej sztuki tworzonej komputerowo. Obaj byli dla siebie wsparciem, inspiracją i motywacją. Bez rywalizacji, bo jeśli już się pojawiała, to tylko z przymrużeniem oka.

Co dała mi ta lektura? Na pewno pokazała mi postać Zdzisława Beksińskiego od nieznanej strony, choć ciągle jeszcze niezupełnie rozumiem jego podejście do świata i życia. Nie wiem na ile to prawdziwy on, a na ile przybrana poza (zwłaszcza w początkowych e-mailach).

Książka przybliżyła mi postać Łukasza Banacha, którego do tej pory kojarzyłam tylko z filmem Photon. Z przyjemnością obserwowałam, jak dobrze poprowadzony chłopak z przeciętnego kopisty zmienia się w artystę, z własnym (niesamowitym) stylem, który ewoluuje z każdą kolejną pracą. Do tej pory nie miałam okazji śledzenia rozwoju stylu żadnego malarza, a na pewno nie tak dogłębnie i krok po kroku.

Detoks to zbiór korespondencji dwóch zgryźliwych tetryków, indywiduów, przyjaciół, pokrewnych dusz. Dowód na to, że przyjaźń nie zagląda w metrykę i łączy dwa, często skrajne, sposoby myślenia, czyniąc je bardziej wyważonymi.

Jeśli jednak nie znamy (przynajmniej w stopniu podstawowym) życiorysu bohaterów, przed lekturą Detoksu należałoby to nadrobić, inaczej trudno będzie się odnaleźć w opisywanych historiach i postaciach. Nie jest to książka, którą przeczytamy jednym tchem (choćby z racji jej objętości). Czasem możemy czuć znużenie – a to zbyt zawiłymi opisami różnych technologii i programów komputerowych, albo wieloma przemyśleniami metafizyczno-filozoficznymi. Momentami hipochondryczne zrywy obu panów i ich marudzenie mogą dla czytelnika być męczące, albo możemy czuć się zawstydzeni zbyt intymną tematyką rozmów. Czy jednak warto sięgnąć po tę lekturę? Warto.

10 komentarzy

  • Zbyszek

    Jak zwykle ciekawie piszesz o niekoniecznie ciekawej książce. Oczywiście są ludzie , których pasjonuje prywatne życie innych ludzi. Są też i tacy którzy pozostawiają innym prawo do prywatności. Klatka smaku?

  • Galliusz

    Bardzo fajnie czytało się twoją recenzję. Widać od razu zainteresowanie tematem. Osobiście choć prace Beksińskiego widziałem, nigdy samym artystą się nie interesowałem. Zaskoczyło mnie w tym nie znajomość panów o takiej różnicy wieku, bo wszakże to nie jest aż takie niezwykłe, których korespondencja stała się książką, ale fakt, że zdecydowano się tą korespondencję upublicznić i wydać. W końcu, jak napisałaś w recenzji, są tam intymne zwierzenia obu panów.

    • czarnatulipanna

      W takich sytuacjach zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony sama jestem osobą, który w sposób minimalny dzieli się swoim prywatnym życiem, a z drugiej, chęć poznania fascynującego człowieka, jakim był Beksiński, jest naprawdę ogromna. Myślę, że film “Ostatnia rodzina” trochę wypaczył postać Beksińskiego a “Detoks” pokazuje go z dużo lepszej strony. O ile to jest jakimś pocieszeniem…

  • tesinblog

    Widać, że Pan Jarosław Skoczeń mocno się zabrał za opracowanie spuścizny po malarzu. Dzienniki, teraz korespondencja. Beksiński w rozmowach z Dmochowskim godził się na publikowanie ich rozmów, czy listów, ale pod warunkiem, że będzie to po jego śmierci. Dobrze, że te rzeczy się ukazują, bowiem Zdzisław Beksiński był niezwykłym artystą i wielkim erudytą. Pani recenzja jest również ciekawa. Sam odsłuchałem i streściłem wszystkie rozmowy w fonotece Piotra Dmochowskiego, które przeprowadził z malarzem. Myślę, że warto również i je sobie odsłuchać, aby poznać lepiej życie duchowe naszego wybitnego malarza. Co do książki M. Grzebałkowskiej, to również dla mnie była to ważna pozycja. Film “Ostatnia rodzina” tylko podbił popularność, ale też był potrzebny, choć nie aż tak wybitny. Ogólnie dobrze, że dalej jest zainteresowanie twórczością Beksy, i na tej fali ukazują się wspaniałe książki. Mnie to osobiście cieszy. Mam również kontakt z Piotrem Dmochowskim z którym już od lat wymieniamy się mejlami w sprawie Mistrza Beksińskiego. On w zasadzie poświęcił całe swoje życie, aby twórczość Beksińskiego zeszła po strzechy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.