#książki, #book, #recenzja

Muzyka moich ulic. Lizbona

Tytuł: Muzyka moich ulic. Lizbona

Autor: Marcin Kydryński

Wydawnictwo: Edipresse

Rok wydania: 2017

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Minęło pięć lat odkąd napisałem tę książkę. Wiele się zmieniło. Na świecie, w Lizbonie. We mnie.

Znacznie częściej w muzycznej palecie moich ulic słyszę język polski. Niewykluczone zatem, że moja historia wciąż może być Wam pomocna i zechcą się Państwo wybrać ze mną na kilka długich spacerów po starych dzielnicach miasta na krawędzi Europy. Posłuchać jego muzyki. Porozmawiać. Z pierwszej wersji sporo usunąłem. Sporo dopisałem. Są niepublikowane wcześniej zdjęcia. Powstało też osobliwe posłowie, portret współczesnej Lizbony, AD 2017, przy którym liczę na Państwa poczucie humoru. Zanim ponownie spotkamy się w Afryce, powędrujmy razem w Lizbonie. Wychylmy kieliszek vinho verde; posłuchajmy wspólnie fado, morny, bossy. To może być miłe zajęcie.

 

Intymny przewodnik po Lizbonie

Wszystko zaczęło się od aparatu i to nie byle jakiego, bo kapryśnego i opornego we współpracy. Cierpienie okazało się opłacalne, a dzięki niemu powstała seria pięknych i klimatycznych fotografii ze stolicy fado i choć zwykle nie daję porwać się książkom podróżniczym, intuicja podpowiadała mi, że Muzyka moich ulic. Lizbona Marcina Kydryńskiego nie jest zwykłym przewodnikiem, a czymś znacznie bardziej osobistym.

Sama lektura przypomina spotkanie ze starym znajomym, który zabiera nas na przechadzkę po stolicy Portugalii. Nie jest to typowy spacer turysty – od punktu A do punktu B, a po drodze dwa muzea – nic z tych rzeczy! W tym przypadku przejdziemy się ścieżkami miejscowych, przysiądziemy, by posłuchać muzyki w miejscach niedostępnych dla turystów, zatracimy się w Lizbonie, w jej smakach, aromatach, dźwiękach i klimacie.

Muzyka moich ulic. Lizbona nie jest książką, którą poleciłabym przeczytać w jeden czy dwa wieczory. Sama czytałam ją kilka dobrych tygodni i bynajmniej nie dlatego, że mi się nie podobała – wręcz przeciwnie. W trakcie lektury padają nazwy miejsc, potraw, a przede wszystkim muzyków, więc by uczynić lekturę jeszcze pełniejszą i niczego z niej nie uronić, wyszukiwałam opisywane zakątki i wsłuchiwałam się w polecane utwory (całe mnóstwo utworów). Nie musiałam ruszać się z kanapy, by choć przez chwilę pobłąkać się po lizbońskich zakamarkach.

Książka Marcina Kydryńskiego jest z pewnością nietypowa. Nie jest to  ani przewodnik, ani historia miasta. Więc co? Raczej ciepła, intymna relacja z miejsca, do którego autor zapałał szczególnym uczuciem, które pokochał pomimo jego niedoskonałości i z każdą kolejną stroną wyjaśnia nam przyczyny swojej fascynacji. To książka o muzyce, kuchni, zabytkach, pięknych kobietach i wszystkim tym, czym tętni serce Lizbony. Jedyne czego żal to tego, że opisanej Lizbony już nie ma. Poddała się ona duchowi czasu, remontom i przebudowaniom. Wracając do tematu – czy polecam tę pozycję? Oczywiście! Książka okazała się ucztą na wielu płaszczyznach i choć było to moje pierwsze spotkanie z Marcinem Kydryńskim w roli pisarza, to z pewnością nie ostatnie.

komentarze 2

  • Zib

    Pamiętam początki kariery tego Pana, nie powalał na kolana. Ale może potrafi pisać lepiej niż być konferansjerem.
    Lizbona , zdarzyło mi się być, kiedyś.
    Jak każde miasto z historią ma swą duszę. Ale to niejest ewenement.
    Takich miejsc na świecie jest dziesiątki tysięcy i każde warto poznać. Samemu a nie czyimiś oczami.
    Kiedyś to nie było możliwe, dziś możesz jutro wsiąść wx samochód, samolot i zobaczyć sama☺
    Czego Ci życzę ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *