#książki, #book, #recenzja

Na południe od Brazos

 

Tytuł: Na południe od Brazos

Autor: Larry McMurtry

Wydawnictwo: Vesper

Rok wydania: 2017

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Oddana po raz pierwszy do rąk czytelników w 1985 roku „Na południe od Brazos” Larry’ego McMurtry’ego to powieść wyjątkowa. Doceniona zarówno przez krytyków (nagroda Pulitzera za 1985 rok), jak i czytelników (średnia ocen na goodreads.com to 4,5 w pięciostopniowej skali, z kolei na lubimyczyac.pl: 8,5 na 10 możliwych), doczekała się też wspaniałej ekranizacji w postaci miniserialu z życiowymi (jak sami przyznają) rolami wybitnych aktorów, Roberta Duvalla i Tommy’ego Lee Jonesa. Larry McMurtry stworzył western z krwi i kości, zachwycający nawet tych, którzy za westernami nie przepadają; napisany z rozmachem, pełen mistrzowsko wykreowanych, wielowymiarowych postaci, uchwyconych w nad wyraz realistycznej, niespiesznej fabule. Książkę bez wad, literackie arcydzieło, które bawi, smuci, wzrusza, skłania do refleksji.
Wydanie powieści, które Czytelnik ma przed sobą, w doskonałym, klasycznym tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego (który m.in. za ten przekład otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich za 1991 rok), wzbogacone zostało o obszerne posłowie Michała Stanka oraz wkładkę z unikalnymi materiałami ilustracyjnymi – oryginalnymi fotografiami z epoki, a także zdjęciami z planu filmowego opartego na powieści serialu.

 

“This is a man’s world…”

Gdyby ktoś zapytał mnie, którego gatunku filmowego nie lubię najbardziej, bez wahania odpowiedziałabym: westernu. Kojarzy mi się on z męką  przeżywaną ze dwadzieścia lat temu przy niedzielnym obiedzie; w tle leciała kolejna osłona filmowego cyklu (bodajże Perły z lamusa), gdzie przez dwie godziny brudni faceci jeździli na koniach to tu, to tam, od czasu do czasu strzelając do siebie (lub do czerwonoskórych). I tu pojawia się pytanie – po co w ogóle sięgnęłam po powieść o kowbojach? Gdzie język niewyszukany, a kobiet jak na lekarstwo i w dodatku większość z nich to panie lekkich obyczajów? Co ciekawego może być w wypranej z emocji bandzie brudnych i spoconych mężczyzn? Czy pędzenie stada krów z Teksasu do Montany w ogóle może być ciekawe? Otóż może. Ale zacznijmy od początku.

Niekończące się preludium

Powieść McMurtry’ego jest obszerna, co widać gołym okiem, ale nikt nie przygotował mnie na to, że właściwie cała pierwsza część (ponad dwieście stron!) będzie wprowadzeniem. Wprowadzeniem, któremu co prawda niczego nie można zarzucić – bohaterowie są ciekawi i dobrze zbudowani, opisy krajobrazów pobudzają wyobraźnię, styl wypowiedzi dostosowany jest do czasu i miejsca, nawet humor niczego sobie, ale to wszystko jest tak bardzo ospałe i pozbawione akcji, że wielokrotnie miałam ochotę porzucić lekturę, na rzecz czegoś bardziej dynamicznego. Dlaczego tego nie zrobiłam? Styl autora wydawał mi się tak dobry, że nie mogłam uwierzyć, że na ponad ośmiuset stronach będzie cały czas wiało nudą. I rzeczywiście nie wiało, choć nie da się ukryć, że McMurtry nigdzie się nie spieszy.

Western czy antywestern?

Historie o kowbojach nigdy nie wydawały mi się zbyt skomplikowane: niezbyt rozmowni mężczyźni, konie, krowy, strzelaniny, Indianie, plus nieskromnie ubrana kobieta, w której podkochuje się cała męska publika – nie oszukujmy się, nie jest to szczególnie wyszukane. Jednak w Na południe od Brazos oprócz zgranych motywów dostajemy tak rozbudowany obraz psychiki bohaterów, konfliktów wewnętrznych czy przemian historyczno-społecznych, że nie sposób to wszystko zignorować i uznać, że to kolejna typowa historia o wypasaniu krów. Historię można interpretować na wielu płaszczyznach: jako powieść drogi, opowieść o szorstkiej, męskiej przyjaźni, o samotności, którą przeżywają bohaterowie (choć każdy robi to zupełnie inaczej). Na południe od Brazos opowiada o tym, że nawet drobne wydarzenie może być przyczyną lawiny, której nie sposób zatrzymać. To również opowieść o podejmowaniu decyzji, często brzemiennych w skutki, oraz braniu odpowiedzialności za innych ludzi. Ale dla mnie nade wszystko jest to historia o przemijającym świecie, o rzeczywistości, do której nie przystaje już dwoje głównych bohaterów. Sami musicie przyznać, że to całkiem sporo i trudno zbyć tę powieść pogardliwym: To tylko western. To arcywestern.

Czy warto wyruszyć w tę podróż?

Powieści McMurty’ego można zarzucić zbyt powolną akcję, gdy czytelnik chciałby wyrwać cwałem kilkaset stron do przodu, a tymczasem wlecze się niespiesznie przez prerię. Można zarzucić niewyszukany język (ale należy pamiętać, że bohaterami są niewykształceni poganiacze krów, a nie doktorzy habilitowani filozofii). Prawda jednak jest taka, że po przebrnięciu przez pierwszą część – sama nie wiem kiedy – stałam się częścią drużyny kapitana Woodrowa Calla: męczył mnie upał, wyziębiały ulewy i gradobicia, cieszyła wspólna droga i przygnębiała śmierć kompanów. Choć kobiet w powieści jest niewiele, w tym męskim świecie, jak w piosence Jamesa Browna, są one postaciami niezwykle barwnymi i bardzo często stają się siłą napędową wydarzeń. W pewien przewrotny sposób można uznać, że jest to powieść o bardzo mocnym wydźwięku feministycznym – wygrywają tylko te jednostki, które mają siłę i odwagę wziąć życie we własne ręce.

Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z powieścią McMurtry’ego (a spędziłam ich całkiem sporo). Złożona psychika bohaterów, wielowątkowość przy jednoczesnym nieskomplikowaniu fabuły, naturalistyczny opis wycieńczającej podróży sprawia, że Na południe od Brazos staje się niedoścignionym ideałem w swoim gatunku (choć z ogromnym oporem wpisuję ją w jeden gatunek). Przepięknie wydana, wzbogacona o obszerne posłowie oraz ilustracje – powieść męska, niezwykle szorstka i pozornie wyprana z emocji, skradła już serca wielu czytelników. W tym moje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *