#książki, #book, #recenzja

Inkub

Tytuł: Inkub

Autor: Artur Urbanowicz

Wydawnictwo: Vesper

Rok wydania: 2019

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Nad Suwalszczyzną za kilka dni pojawi się zorza polarna. W Jodoziorach, małej wiosce na prowincji, zostają znalezione spopielałe zwłoki małżeństwa. Wśród lokalnej społeczności miejsce to owiane jest złą sławą, słynie ze szczególnego nasilenia przemocy, chorób, zaginięć i samobójstw. Mówi się też o zjawiskach nadprzyrodzonych – niezidentyfikowanym zielonym świetle, odgłosach niewiadomego pochodzenia, a także o nawiedzonym domu. Miejscowi wierzą, że to on rozsyła wokół negatywną energię, która wydobywa z ludzi najgorsze instynkty.

Tajemnicami wioski żywo interesuje się młody dzielnicowy, który wkrótce popełnia samobójstwo. Sprawę jego śmierci bada Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach. Odkrywa, że mroczna historia Jodozior ma swoje korzenie w latach siedemdziesiątych. Wtedy miała tam mieszkać kobieta, która parała się czarami…

 

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Jeszcze do niedawna horror był dla mnie gatunkiem całkowicie nieodkrytym. Po zachwycie jaki towarzyszył mi po zapoznaniu się z klasyką, nadszedł czas na współczesną powieść grozy. Czy i w tym przypadku dyskomfort i uczucie niepokoju towarzyszyły mi w trakcie lektury?

Początek Inkuba zapowiadał się więcej niż dobrze i od razu skojarzył mi się z młodzieżowymi powieściami grozy, które czytałam przed wieloma (wieloma, wieloma, wieloma) laty. Pierwsze strony intrygują, aż do momentu gdy pojawia się główny bohater i jego kumpel – dwa największe mankamenty powieści –  trzydziestolatkowie z mentalnością trzynastolatków. Ja rozumiem, że “prawdziwy glina” nie będzie cytował erotyków Leśmiana, jednak te przygłupawe, żeby nie powiedzieć: prymitywne żarciki były naprawdę żenujące (że o ostatniej scenie Vytautasa i Sylwii nie wspomnę – niejeden nastolatek jest bardziej dojrzały emocjonalnie i ma więcej klasy niż on). I mówię to jako prawie równolatka głównych bohaterów. Całe szczęście im dalej, tym mniej czasu panowie spędzają w swoim towarzystwie, na czym lektura zdecydowanie zyskuje.

Mroczne i tajemnicze Jodoziory należą do największych atutów powieści – mgła, zimno, ponuro, nieprzyjaźnie – idealna sceneria, by wywołać u czytelnika dreszczyk. Suwalszczyzna tak złowroga, że z pewnością będę ją omijać szerokim łukiem.

Pomimo pewnych niedociągnięć, nadmiaru wątków i bohaterów (niektórych całkowicie zbędnych) przyznaję, że lektura Inkuba była przyjemna i wciągająca. Chociaż tylko niektóre rozwiązania fabularne były dla mnie zaskoczeniem, nie żałuję czasu spędzonego z powieścią Urbanowicza – potrzebowałam rozrywki i właśnie to otrzymałam.

Połączenie horroru i kryminału okazało się całkiem trafionym rozwiązaniem – policyjne śledztwo, które z czasem zaczęło wykraczać poza granice tego, co można uznać za racjonalne. Zdecydowana większość bohaterów była ciekawie nakreślona (zwłaszcza tych żyjących w latach siedemdziesiątych). Inkuba uznaję za udaną powieść, która chociaż nie przyprawiła mnie o gęsią skórkę, to z pewnością zaciekawiła na tyle, by chcieć do końca poznać losy wszystkich bohaterów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *