#książki, #book, #recenzja

Zbieranie kości

Tytuł: Zbieranie kości

Autor: Jesmyn Ward

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Rok wydania: 2020

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Najsłynniejsza powieść autorki bestsellerowego „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” i zarazem pierwszej kobiety, która dwukrotnie otrzymała prestiżową National Book Award.

Nad Zatoką Meksykańską formuje się huragan, który już wkrótce zagrozi życiu setek tysięcy ludzi. W przybrzeżnym miasteczku Bois Sauvage w stanie Missisipi czternastoletnia Esch i jej trzej bracia próbują zebrać zapasy jedzenia, na próżno szukając przy tym pomocy u ojca alkoholika, którego nigdy nie ma w pobliżu. W młodej dziewczynie narasta strach, zwłaszcza gdy dowiaduje się, że zaszła w ciążę.

Dwanaście dni, podczas których rozgrywa się akcja powieści, stanowi bolesną próbę spojrzenia na samotność oraz brutalną codzienność, która w obliczu Huraganu Katrina pokazuje nam swoje najbrudniejsze barwy.

 

Minuty przed końcem świata

Niewiele znam tak piekielnie zdolnych współczesnych prozaiczek jak Jesmyn Ward. Jej proza szarpie trzewia i porusza tak bardzo, że czasami chciałoby się wejść do książki i potrząsnąć jej bohaterami. Po genialnej powieści Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie długi dochodziłam do siebie. Po lekturze Zbierania kości czułam się jakbym sama przeżyła emocjonalny huragan. Należałoby zacząć od tego, że Ward nie koloryzuje, nie upiększa. Jej historie są pełne brutalności, biedy – tej materialnej, ale przede wszystkim mentalnej i przez to są tak boleśnie prawdziwe, że nie można przejść obok nich obojętnie.

O czym opowiada Zbieranie kości? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to opowieść o pewnej rodzinie, która stara się przygotować na uderzenie huraganu Katrina, ale gdy zaczniemy drążyć, okazuje się, że zbliżający się kataklizm jest tylko tłem dla historii o ludziach w pewien sposób zezwierzęconych, działających bezmyślne, pod wpływem impulsów. Żaden z bohaterów nie stara się w racjonalny sposób polepszyć swojej sytuacji. Każdy z nich miota się między własnymi problemami, wierząc, że jakoś to będzie. Jakoś.

Gdyby tę historię opowiedział ktoś inny, zapewne efekt byłby ckliwy, a ja odebrałbym ją całkiem inaczej. W tym przypadku nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nawet cienia empatii dla bohaterów. W dalszym ciągu kiedy myślę o ich pojmowaniu miłości i odpowiedzialności za drugiego człowieka (lub inną żywą istotę), czuję wewnętrzne telepanie. Jedno wiem na pewno – Ward nikogo nie chciała wybielić, usprawiedliwiać.

Dobra literatura musi wzbudzać emocje – niekoniecznie dobre. Jesmyn Ward swoim talentem hipnotyzuje czytelnika i robi z nim, co tylko chce. Z niecierpliwością czekam na kolejną premierę jej powieści, by po raz kolejny całkowicie poddać się lekturze i zachwycać talentem autorki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *