#książki, #book, #recenzja

Diuna

Tytuł: Diuna

Autor: Frank Herbert

Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2020

Opis ze strony wydawnictwa:

Arrakis, zwana Diuną, to jedyne we wszechświecie źródło melanżu – substancji przedłużającej życie, umożliwiającej odbywanie podróży kosmicznych i przewidywanie przyszłości. Z rozkazu Padyszacha Imperatora Szaddama IV rządzący Diuną Harkonnenowie opuszczają swe największe źródło dochodów. Planetę otrzymują w lenno Atrydzi, ich zaciekli wrogowie. Zwycięstwo księcia Leto Atrydy jest jednak pozorne. Przejęcie planety ukartowano. W odpowiedzi na atak połączonych sił Imperium i Harkonnenów dziedzic rodu Atrydów, Paul – końcowe niemal ogniwo planu eugenicznego Bene Gesserit – staje na czele rdzennych mieszkańców Diuny i próbuje zdobyć imperialny tron.

Legenda o Mesjaszu

Nieustannie walczę ze swoimi literackimi uprzedzeniami i staram się wychodzić poza strefę komfortu czytelniczego. Ubiegły rok udowodnił, że powieści z kręgu fantasy mogą mnie skutecznie wciągnąć w swój świat, jednocześnie udowadniając, że nie jest to tylko banalna, rozrywkowa literatura o elfach i wróżkach. Z sci-fi rzecz ma się nieco gorzej, bo w dalszym ciągu moje podejście przypomina szturchanie kijem nieznanego obiektu, który również dobrze może okazać się czymś miłym, jak i morderczym. Ale do odważnych świat należy (podobno), więc na ruszt trafiła Diuna, która należy do klasyki gatunku, a przez wielu uważana jest za najlepszą powieść tego nurtu.

Powieść Franka Herberta niewątpliwie ma wiele zalet. Znakomicie wykreowany świat, złożone konflikty, układy polityczne. Arrakis – śmiertelnie niebezpieczne, a jednocześnie hipnotyzujące nieoczywistym pięknem. Organizacja życia na Diunie, codzienność rdzennych mieszkańców są fascynujące (dla mnie życie Fremenów zdecydowanie było najciekawszym elementem powieści). Ogrom intryg i niedopowiedzeń, koncepcja religii mesjanistycznej, której elementy ciągle są podsuwane czytelnikowi, utrzymuje uwagę na wysokich obrotach (chociaż zdarzają się zastoje). Ale czy to wystarczy, by uznać powieść za wybitną?

Moje niewielkie doświadczenia z twórczością sci-fi i fantasy, zarówno literacką jak i filmową, doprowadziły do wytworzenia się w mojej głowie błędnego przekonania, że dzieła z tych gatunków muszą przekazywać jakieś wielkie idee. Do tej pory wszystkie powieści (lub ekranizacje) były nośnikami koncepcji, które zmuszały mnie do głębokiej refleksji nad poruszonym problemem. Koncepcji, która sprawiała, że moje dotychczasowe postrzeganie świata na moment zadrżało w posadach.

Tego samego oczekiwałam od Diuny. Nieustannie czekałam na jakąś wielką, przełomową myśl, która nie opuści mnie przez jeszcze wiele dni po skończonej lekturze. Nic takiego nie nastąpiło. Świat stworzony przez Herberta nie jest nośnikiem, a dziełem samym w sobie i stanowi centrum powieści. Bohaterowie są tylko narzędziami, by o tym świecie opowiedzieć. Niewiele o nich wiemy, jeżeli pojawiają się ich przemyślenia, to najczęściej dotyczą one intryg i polityki. Elementy prywaty są niezwykle rzadkie, przez co trudno ich polubić, czy przynajmniej z nimi się utożsamić.

Fabularnie, językowo, a nawet wizualnie (wydanie, które przeczytałam jest perfekcyjnie pod każdym względem) jest to dobra i wciągająca powieść, ale spodziewałam się czegoś więcej niż świata dla samego świata – jak sztuki dla sztuki. Niewiele rzeczy skłania do myślenia – może rola religii w dziejach ludzkości, albo refleksja nad życiem na planecie, gdzie największą wartością jest woda, ale nic więcej. Zgrabnie napisana powieść przygodowa w nurcie sci-fi. Nie żałuję czasu, który z nią spędziłam, ale raczej nie sięgnę po kolejne części, zwłaszcza, że pierwszy tom serii sam w sobie może stanowić zamknięte dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *