#książki, #book, #recenzja

Poławiacz

Tytuł: Poławiacz

Autor: John Langan

Wydawnictwo: Vesper

Rok wydania: 2022

 

 

Opis wydawcy:

Gdy umiera jego chorująca na raka żona, Abe próbuje zapomnieć o stracie, oddając się nowej pasji – wędkarstwu. Wkrótce dołącza do niego Dan, którego rodzina zginęła w wypadku. Szukający nowych wyzwań i łowisk przyjaciele postanawiają wybrać się na ryby nad mało znany potok. W przydrożnym barze, prowadzonym przez Howarda, znawcę lokalnych historii, dowiadują się o złej sławie, jaką owiany jest strumień, i o tajemniczej postaci znanej jako Poławiacz.

„Poławiacz” – mroczna, momentami surrealistyczna, przepełniona senną, niepokojącą atmosferą proza – to jedna z najciekawszych współczesnych powieści weird fiction. Autor brawurowo odświeża wyobrażenie o literaturze grozy, proponując czytelnikom napisaną pięknym językiem opowieść o stracie i cenie, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za odzyskanie marzeń.

 

Ryba bez ikry

Trudno opisać słowami, jak duże były moje oczekiwania względem powieści Johna Langana. Prestiżowa nagroda, intrygujący opis i wydawnictwo, które zawsze robi wszystko, żeby rozpieścić swoich czytelników. Czy coś mogło pójść nie tak?

Uczciwie przyznaję, że wydawnictwo Vesper dołożyło wszelkich starań, żeby Poławiacz cieszył czytelnicze oko. Szata graficzna, solidna oprawa, czy chociażby dedykowana zakładka to wyznacznik wysokiego poziomu jaki od lat reprezentuje wydawnictwo (o korekcie, składzie i redakcji nawet nie wspominam). Problem zaczyna się w momencie, kiedy przestajemy cieszyć oko wizualną stroną książki i zaczynamy lekturę.

W Poławiaczu zawiodła przede wszystkim kompozycja. Powieść podzielona jest na trzy części. W pierwszej poznajemy głównego bohatera, który stracił żonę i – razem ze znajomym z pracy (który również przeżył rodzinną tragedię) – zaczyna jeździć na ryby. Kiedy już zaczynamy czuć klimat grozy, kiedy atmosfera nieco się zagęszcza, autor serwuje nam część drugą, która jest legendą o miejscu, do którego zmierzają nasi bohaterowie.

Druga część powieści wielokrotnie wystawiała na próbę moją cierpliwość. Wszystkiego jest w niej za dużo – postaci, wątków pobocznych, nadprzyrodzonych (udziwnionych) wydarzeń, opisów. Na nieszczęście zajmuje ona większość powieści, więc nawet jeśli kogoś zaintryguje początek, cześć druga skutecznie zabije to zainteresowanie. Kiedy już dobijamy do ostatniej fazy, wydarzenia nie są już żadnym zaskoczeniem, a na dodatek losy głównych bohaterów chyba już mało kogo interesują.

Opisy w powieściach grozy są niezbędne – tworzą klimat, budują atmosferę niebezpieczeństwa. Mogą być obszerne, jak w Draculi Brama Stokera, albo mniej rozbudowane, ale najważniejsze, żeby były używane w odpowiednim momencie. Kiedy wchodzimy w historię nic nie stoi na przeszkodzie opisywania wszystkiego dookoła, natomiast kiedy akcja nabiera tempa i dochodzi do konfrontacji, opisów powinno być jak najmniej, by utrzymać odpowiednią dynamikę. Jak na człowieka, który jest wykładowcą i prowadzi kursy kreatywnego pisania, aż trudno uwierzyć, że John Langan w swojej powieści mógł popełnić tak rażące błędy. W Poławiaczu jest wiele momentów, które czytelnik mógł pochłaniać z zapartym tchem, ale autor każdą akcję skutecznie dusił w zarodku wymyślaniem kolejnych udziwnień i wciskaniem szczegółowych opisów, które drastycznie spowalniały tempo. Ostatecznie jedyne co czułam, to znużenie.

Poławiacz nie dał mi tego, czego się po nim spodziewałam. Liczyłam na pyszną, świeżą rybkę, a otrzymałam paluszek rybny. I to niedosmażony. Wszystkie zalety powieści – język, nawiązania kulturowe, staranne wydanie nie są w stanie zatuszować jej braków. Fatalna kompozycja zabiła cały potencjał ciekawego pomysłu. Na dodatek nie mogę pozbyć się wrażenia, że Langan nie do końca rozumie ideę weird fiction – nie wystarczy upchnąć jak najwięcej przekombinowanych, nadprzyrodzonych zjawisk na jak najmniejszej liczbie stron, żeby utrzymać uwagę czytelników. Tym razem rozczarowanie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.