#książki, #book, #recenzja

Tamte dni, tamte noce

Tytuł: Tamte dni, tamte noce

Autor: André Aciman

Wydawnictwo: Poradnia K

Rok wydania: 2018

 

 

Opis ze strony wydawnictwa:

„Tamte dni, tamte noce” („Call Me by Your Name”) to historia nagłego i intensywnego romansu między dorastającym chłopcem a gościem jego rodziców w letnim domu we Włoszech. Obaj są zaskoczeni wzajemnym zauroczeniem i początkowo każdy z nich udaje obojętność. Ale w miarę jak mijają kolejne niespokojne letnie tygodnie, ujawniają się ukryte emocje: obsesja i strach, fascynacja i pożądanie, a ich namiętność przybiera na sile. Niespełna sześciotygodniowy romans jest doświadczeniem, które naznacza ich na całe życie. Na Rivierze i podczas namiętnego wieczoru w Rzymie odkrywają coś, czego boją się już nigdy nie znaleźć: totalną bliskość.

Dzięki znakomicie uchwyconej psychologii, która towarzyszy zauroczeniu, książka jest szczerą, przeszywającą serce elegią o ludzkiej namiętności, której nie da się zapomnieć.

 

Historia pewnej znajomości

Z powodu nominacji do Oscara filmu Call me by your name, głośno zrobiło się również o powieści, na której oparta została fabuła filmu. Jedni są powieścią zachwyceni, inni oburzeni, a jeszcze inni zniesmaczeni. Moja opinia na jej temat balansuje na pograniczu rozdwojenia jaźni.

Na początku zniechęciła mnie bardzo chaotyczna narracja głównego bohatera – pourywane myśli, przeskakiwanie z wydarzenia na wydarzenie. Muszę przyznać, że prowadzenie opowieści w taki sposób idealnie odwzorowuje zachowanie nastolatka, który stara się przekazać swoją historię, jednocześnie przeżywając emocjonalną burzę. Myślę, że patrząc obiektywnie ten zabieg jest całkiem udany, jednak subiektywnie było to dla mnie męczące.

Zdecydowanie wolę “czytać uczucia”, a nie “o uczuciach”, podczas gdy właściwie cała książka jest opisem tego, co czuje główny bohater. Mało czynów, dużo słów. A jeśli już o czynach mowa i w tej materii pojawiło tyle samo zachwytów, co krytyki. Mnie zachowanie bohaterów nie oburza, nie szokuje, ale też nie porusza, głównie dlatego, że mam zupełnie inną definicję miłości, a sama historia w ogóle (w moim odczuciu) miłości nie dotyka.

O czym więc mówi powieść Ancimana? Przede wszystkim jest to wspomnienie wakacyjnego romansu, zrodzonego z obojętności, który przeradza się w relację zahaczającą o obsesję. To historia o poszukiwaniu własnej tożsamości, przy jednoczesnym strachu przed jej odkryciem. Tamte dni, tamte noce opowiadają o ludziach którzy pojawiają się  tylko na chwilę, krótki moment jakim są wakacje, a zmieniają całe życie, pomagają odkryć prawdę o sobie samych i dodają odwagi, by żyć w tej prawdzie.

Dla mnie w całej tej opowieści najjaśniejszym punktem jest postać ojca głównego bohatera, który pokazuje najpiękniejszą możliwą formę rodzicielstwa. Pozbawioną egoizmu, kreowania dziecka według własnej wizji. Rodzicielstwa, które pozwala dziecku pójść jego jego własną drogą. Rozmowa ojca i syna była dla mnie jednym z najbardziej (o ile nie najbardziej) poruszających fragmentów.

Przetrwałam męczącą narrację, przetrwałam lepką atmosferę rodem z Lolity Nabokova (wiem, że to klasyka, ale i tak jej nie lubię) i stwierdzam, że było warto. Dopiero ostatnie kilkadziesiąt stron nadaje sens tej powieści. Ostatnie strony sprawiły, że przy ich czytaniu zrobiło mi się jakoś smutno i nostalgicznie, i przestało dla mnie mieć znaczenie, czy głównych bohaterów łączy prawdziwie uczucie, czy tylko jego ułuda.

Tamte dni, tamte noce nie każdemu przypadną do gustu. Jeśli jednak zdecydujcie się na lekturę i w jej trakcie stwierdzicie, że to nie dla Was – dajcie jej szansę i doczytajcie do końca. Być może i Wy dojdziecie do wniosku, że ta powieść nie jest tym, czym początkowo się wydaje.