• #książki, #book, #recenzja

    Miles Davis. Autobiografia

    Tytuł: Miles Davis. Autobiografia

    Autor: Miles Davis, Quincy Troupe

    Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

    Rok wydania: 2017

     

    Opis ze strony wydawnictwa:

    Miles Davis (1926-1991) – genialny muzyk jazzowy, trębacz, kompozytor. Jeden z najbardziej znaczących artystów minionego stulecia. Pochodził z zamożnej rodziny. Jako dziewięciolatek otrzymał pierwszą trąbkę i zaczął kształcić się muzycznie. Swoje piętno odcisnął na niemal każdym nurcie jazzowym, począwszy od drugiej wojny światowej po lata 90. XX wieku.
    W Autobiografii niczego nie ukrywa. Otwarcie opowiada o problemach z narkotykami. Zdecydowanie potępia rasizm, którego doświadczał zarówno w przemyśle muzycznym, jak i w amerykańskim społeczeństwie. Pisze o miłości, o kobietach i roli, którą odegrały w jego życiu. Przede wszystkim jednak snuje opowieść o muzyce i muzykach, zwłaszcza tych legendarnych, z którymi miał okazję występować.
    Jego wspomnienia zostały wzbogacone o pełną dyskografię i liczne fotografie.

     

    Wielka biografia małego człowieka

    Moje spotkanie z biografią Milesa Davisa trwało całe wieki – czyli prawie miesiąc. Choć z jednej strony książka porusza całe mnóstwo ciekawych aspektów, to z drugiej, główny bohater jest jednym z najbardziej antypatycznych, jakich historię przyszło mi poznać.

    Największym plusem tej pozycji jest z pewnością ogrom fascynujących faktów, dotyczących początków jazzu i zaplecza przemysłu muzycznego. Dzięki niej dowiemy się, że problem narkomanii wśród artystów wcale nie pojawił się wraz z festiwalem w Woodstock, czy disco-clubami w latach siedemdziesiątych. Okazuje się, że muzycy już w latach czterdziestych często wpadali w szpony narkotyków – najczęściej heroiny i kokainy. Oprócz tego otrzymamy sporą porcję informacji dotyczących zarobków, przegrupowań zespołów (co w przypadku jazzu zdarzało się bardzo często) oraz samego powstawania muzyki.

    Autobiografia Milesa Davisa jest fascynującym studium kariery muzyka w świecie, w którym czarnoskórzy musieli korzystać z osobnych toalet, karetek pogotowia, w świecie szkół, restauracji, basenów i taksówek tylko dla białych obywateli, w świecie, w którym potrzeba było wielkiej desperacji, by osiągnąć sukces pomimo koloru skóry.

    I to wszystko byłoby wspaniałe – opisy utworów, płyt, stylów grania, muzyków, klubów i pubów, gdyby nie sam Miles. Choć Davis wielokrotnie podkreśla, że pochodził z zamożnej rodziny, która zapewniła mu najlepsze wykształcenie i obycie, okazuje się człowiekiem ograniczonym, o bardzo wąskich horyzontach. Chociaż wielokrotnie inspirował się twórczością kompozytorów muzyki klasycznej, to najczęściej otwarcie ją krytykował, twierdząc, że jest przestarzała i w przeciwieństwie do jazzu, każdy potrafi ją zagrać. Trzeba być ogromnym ignorantem krytykując kilkusetletni dorobek kulturowy białych (bo kolor skóry, to chyba jego największy zarzut), na rzecz muzyki, która tak naprawdę dopiero co się narodziła.

    Ignorancja nie jest najgorszą cechą Davisa, który okazuje się człowiekiem całkowicie pozbawionym klasy. Opowieść snuje wulgarnym slangiem, opowiada anegdotki o kobietach, które chciały iść z nim do łóżka, podając przy tym ich imiona i nazwiska, zdradza szczegóły uzależnienia swoich przyjaciół. Miles okazuje się człowiekiem, który porzucił rodzinę, bił partnerki, był seksistą (sposób,w który wyrażał się o kobietach jest nie do przełknięcia), twierdząc, że rola kobiety sprowadza się do bycia ładną i podziwiania swojego mężczyzny.

    Zdaję sobie sprawę, że dyskryminacja czarnoskórych musiała na nim odcisnąć ogromne piętno, jednak sam Davis też był strasznym rasistą. Wszystkie swoje porażki zrzuca na “białasów”, a sukcesy przypisuje tylko sobie.

    Miles Davis nie kochał nikogo ani niczego poza muzyką. Stała ona ponad jego rodzicami, żonami, partnerkami, dziećmi, przyjaciółmi. Ponad wszystkim. Muzyka była jego siłą napędową. To dla niej wygrał z nałogiem i dla niej żył. Sam ostatecznie przyznał, że dla niego rodziną nie były osoby, z którymi łączyły go więzy krwi, a ludzie, z którymi tworzył.

    Autobiografia Milesa Davisa, to wielka historia małego człowieka. Pod wieloma względami okazała się fascynującą lekturą, jednak postać głównego bohatera była na tyle odpychająca, że skutecznie zniechęcała do czytania. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość – historia jest opowiedziana uczciwie. Davis nie wybielił się, nawet jeśli czasami starał wytłumaczyć swoje zachowania. Nie pominął niewygodnych faktów o śmierci rodziców, nałogach, nieudanych związkach. Nie udawał skromnisia. Był wulgarnym, pewnym siebie, egoistycznym, próżnym, zdolnym, wizjonerskim, bezgranicznie zakochanym w muzyce cwaniakiem i taki obraz znajdziemy w jego biografii – boleśnie autentyczny.