#książki, #book, #recenzja

Ulica marzycieli

Tytuł: Ulica marzycieli

Autor: Robert McLiam Wilson

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Rok wydania: 2018

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Jake jest dobiegającym trzydziestki marzycielem, który utknął w ciele komornika. Misiek to bezrobotny geniusz. Pragnie dziewczyny, która sprawi, że życie będzie palić go pod sercem jak zbyt pikantny posiłek.
Belfast w latach 90. jest zniszczonym przez bomby polem bitwy, na którym spór toczą dwa wrogie plemiona. W czasach bezsensownej wojny domowej dwójka nietypowych przyjaciół podąża przez życie w poszukiwaniu realizacji najbardziej ludzkiej z potrzeb: miłości. Chociaż? jedną namiętną nocą też nie pogardzą.

Pełna niezwykle trafnych spostrzeżeń, uszczypliwie zabawna kultowa powieść z Irlandii.

 

Codzienność wśród eksplodujących bomb

Sięgając po powieść Wilsona właściwe nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie interesowałam się historią i problemami społecznymi Irlandii. Konflikty na tle religijnym czy ataki terrorystyczne nie były dla mnie zaskoczeniem. Najbardziej szokująca okazała się próba prowadzenia normalnego życia w obliczu kryzysu społecznego i ekonomicznego oraz codzienności, w której każdego dnia można zginąć w przypadkowym wybuchu bomby.

Ulica marzycieli przedstawia losy przyjaciół, dobiegających trzydziestki, którzy marzą o życiu innym niż wiodą w danej chwili. Poniżająca i wyniszczającą psychicznie praca, żałośnie niskie zarobki i najgorszy z wszystkich niedostatków – brak drugiego człowieka. Zgodnie z tytułem w powieści mamy marzycieli, a ich pragnienia bardzo często zderzają się z brutalną rzeczywistością.

Jeżeli pominąć ataki terrorystyczne i akcje propagandowe, to życie naszych bohaterów okazuje się całkiem normalne i prozaiczne. Wielu trzydziestolatków jest niezadowolonych z pracy, zarobków, partnera (lub jego braku). Co zatem wyróżnia Ulicę marzycieli? Chyba to usilne staranie, by codzienność była jak najbardziej normalna, mimo najmniej sprzyjających temu okoliczności. I tak po rozdziałach poświęconych rozkręcaniu biznesu, spotkaniom towarzyskim czy tworzeniu nowych związków, otrzymujemy – całkowicie niespodziewanie – szczegółowy obraz masakry spowodowanej wybuchem bomby, by po chwili znów powrócić do wcześniejszej narracji. Wstrząsające? Dające do myślenia? Jak najbardziej.

Powieść Wilsona nie zachwyciła mnie jednak tak, jak mogła. Książka jest poszarpana fabularnie, nie zachwyca stylistycznie, a momentami jest zbyt przegadana (od czasu do czasu przemyślenia bohaterów sprawiały, że moje własne myśli uciekały daleko od książki). Tak naprawdę wyjątkowe jest przede wszystkim tło całej historii – ukazanie propagandowej machiny, brutalności konfliktów na tle religijnym i ideologicznym, kryzysu społecznego i jego ekonomicznych konsekwencji.  Ulica marzycieli ma swoje momenty – potrafi być dowcipna, uszczypliwa, zachwycić prostotą. Chociaż daleka jestem od peanów, to jednak nie żałuję czasu spędzonego przy Eureka Street. Dzięki tej lekturze poznałam rzeczywistość, o której w literaturze pisze się niewiele i która do tej pory była mi obca – rzeczywistość, gdzie wybuchająca bomba i śmierć przypadkowych ludzi zdają się nie robić na nikim wrażenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.