#książki, #book, #recenzja

Pasażer i Stella Maris

Tytuł: Pasażer/ Stella Maris

Autor: Cormac McCarthy

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Rok wydania: 2023

 

Opis wydawcy:

W 1980 roku trzydziestosiedmioletni Bobby Western ma za sobą karierę kierowcy rajdowego i wciąż nie może pogodzić się z utratą ukochanej siostry oraz śmiercią ojca, uczestnika Projektu Manhattan. Pracując jako nurek głębinowy zostaje wezwany na miejsce katastrofy wartego trzy miliony dolarów niewielkiego samolotu. Odkrywa brak czarnej skrzynki, torby pilota i ciała jednego z pasażerów. Ktoś musiał być tu wcześniej. Co dziwne, media milczą o wypadku, mieszkanie Bobby’ego zostaje przeszukane, a konto bankowe zablokowane. Agenci federalni depczą mu po piętach. W co się wpakował? Czy ta sprawa ma coś wspólnego z zawikłaną historią jego rodziny?

Czym jest nasza rzeczywistość? Sensacyjna fabuła wciąga nas w znacznie bardziej skomplikowaną intelektualną grę. Thriller, powieść egzystencjalna, mroczny dramat o uwikłaniu w miłość oraz dziedzictwie winy, któremu patronują Szekspir i greckie mity.

***

Jesienią 1972 roku do zakładu psychiatrycznego Stella Maris zgłasza się dwudziestoletnia Alicia Western, doktorantka na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Chicagowskiego i genialna skrzypaczka, córka naukowca, który współpracował z Oppenheimerem przy Projekcie Manhattan. Cierpi na depresję i ma halucynacje. W rejestracji usiłuje oddać reklamówkę z czterdziestoma tysiącami dolarów. Uciekła z Włoch, gdzie jej brat Bobby, uzdolniony fizyk i kierowca Formuły 2 leży w śpiączce po wypadku na torze rajdowym. Alicia kategorycznie odmawia rozmów o nim. Terapeucie opowiada o dzieciństwie w Los Alamos, barwach liczb, mechanice kwantowej, Schopenhauerze i zakazanych marzeniach. W tym intelektualnym sparingu to pacjentka jest górą i nigdy nie wiadomo, kiedy kłamie, a kiedy odsłania się.

Co jest prawdą, a co złudzeniem? Dzika i złowroga eksploracja nauki podważająca nasze pojęcia Boga, prawdy i istnienia. Studium żałoby i nieuleczalnej tęsknoty.

 

Głębiny smutku

Właściwe nie zdarza się, żebym w jednym wpisie recenzowała więcej niż jedną książkę, ale w przypadku dwóch ostatnich powieści Cormaca McCarthy’ego czuję, że powinnam zrobić wyjątek. Dlaczego? Ponieważ jedna pozycja stanowi uzupełnienie drugiej – nawet jeśli w wielu punktach narracje wzajemnie się wykluczają.

Lekturę rozpoczęłam od Pasażera i niestety z ogromnym bólem muszę przyznać, że moje wrażenia dalekie są od pozytywnych. Nie była to pierwsza powieść McCarthy’ego, po jaką sięgnęłam, więc wydawało mi się, że wiem, czego mogę się spodziewać – specyficznej interpunkcji, nieco porwanej fabuły, lekkiego chaosu. Jednak to, co autor zaserwował w Pasażerze przeszło moje wszelkie oczekiwania. Język powieści oczywiście w dalszym ciągu jest piękny (wszak to McCarthy, a i przekład Roberta Sudoła nie jest w tym przypadku bez znaczenia). Całe zdania – nawet wyrwane z kontekstu – mogłyby śmiało istnieć jako aforyzmy i źródło refleksji. Dla mnie to jednak za mało, by mówić o dobrej powieści.

Pasażer jest zupełnie niedookreślony gatunkowo. Początkowo wydaje się, że zmierza w stronę dreszczowca lub kryminału z elementami dramatu obyczajowego, by później uderzać w coraz bardziej oniryczne tony. Dodatkowo całość została opatrzona licznymi przemyśleniami egzystencjalno-filozoficznymi, wtrąceniami na temat fizyki kwantowej i zamachu na Kennedy’ego. O ile w Drodze, gdzie najczęściej obserwujemy dwóch bohaterów, szczątkowa interpunkcja w niczym nie przeszkadzała, to w przypadku Pasażera była kolejnym irytującym elementem (choć uczciwie muszę przyznać, że po wcześniejszych lekturach spodziewałam się takiego zapisu).

Podsumowując, w przypadku Pasażera poziom chaosu był dla mnie prawie nie do przebrnięcia. Zgodnie z recenzjami, które już wcześniej opublikowano – faktycznie jest to opowieść o smutku, stracie i dziedziczeniu winy, ale czy mętlik wszystkich wątków uwypuklił tę problematykę? Nie sądzę. Na dodatek zabrakło mi cierpliwości (a może autorowi?), by wszystkie te wątki jakoś połączyć, więc ostatecznie pozostało mi wrażenie szczątkowego szkicu, wprawek do napisania powieści, którym zabrakło spoiwa.

Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku Stella Maris, której główną bohaterką jest Alice – siostra Bobby’ego, znanego z Pasażera. Alice to bohaterka fascynująca, nawet jeśli z racji swojej choroby nie do końca wiarygodna. Bardzo szybko można zorientować się, że narracja jej i jej brata wielokrotnie sobie przeczą, pozostawiając czytelnika z pytaniem: “Kto mówi prawdę?” i świadomością, że nawet jeśli jej nie mówi, to nie oznacza, że kłamie.

Stella Maris jest powieścią o wiele bardziej intymną, złożoną z rozmów głównej bohaterki i jej psychoterapeuty. Jest też powieścią znacznie przystępniejszą dla czytelnika i – w moim całkowicie subiektywnym odczuciu – o wiele bardziej przemyślaną i dopracowaną. Zestawiając obie powieści – w każdej znajdziemy mnóstwo filozofii, obie narracje często odbiegają w opowieści o fizyce, matematyce, muzyce i innych dziedzinach, natomiast o ile w Pasażerze było to męczące, o tyle śledzenie toku myślenia bohaterki Stella Maris jest fascynujące. Jej elokwencja, oczytanie, płynne przechodzenie od jednego tematu do następnego – to czyta się z prawdziwą przyjemnością i jestem pewna, że z przyjemnością będzie się do tego wracać.

Ostatnie powieści Cormaca McCarthy’ego to pozycje wymagające od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Choć Pasażer nie wydaje mi się dobrą pozycją, to jednak z bólem przyznaję, że bez niego lektura genialnej historii zawartej w Stella Maris będzie niepełna, szczątkowa. Nawet jeśli sama w sobie się obroni, to chyba nie taki był zamysł autora.

 
 

 

 

***

 

Stella Maris do kupienia na Bonito

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *