#książki, #book, #recenzja

Diabeł Urubu

Tytuł: Diabeł Urubu

Autor: Marlon James

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Rok wydania: 2019

 

Opis ze strony wydawnictwa:

Pierwsza powieść w literackiej karierze Jamajczyka to książka niezwykła, ukazująca z empatią i brutalną szczerością rodzimą wyspę pisarza i mentalność jej mieszkańców. To także wstrząsająca wiwisekcja religijnej sekty.

Jest rok 1957. Niewielka wioska Gibbeah to zapomniane przez cywilizację miejsce, pokryte kurzem, pamiętające jeszcze czasy plantacji, ale obecnie pogrążone w biedzie. Mentalnym przywódcą miejscowej społeczności jest pastor Hector Bligh, który bardziej niż wiernych kocha beczułki z rumem.

Pewnego dnia nad Gibbeah zaczynają krążyć złowieszcze czarne sępy. Wpadają do kościoła, rozbijając okna. W ślad za ptakami w wiosce pojawia się człowiek, który nazywa siebie Apostołem Yorkiem. Przejmuje kościół i pod sztandarem „ducha odnowy” wprowadza nowe zasady. Wokół Apostoła zaczynają gromadzić się ludzie, którzy chcą mu pomóc sprowadzić pozostałych mieszkańców na bogobojną ścieżkę.

Pastor Bligh nie ma wyjścia, musi odstawić rum i odzyskać zaufanie wiernych. Który z duchowych przywódców wygra tę biblijną potyczkę o rząd dusz?

 

Literatura, która sprawia ból

Czy powieść może tak bardzo uwierać i sprawiać dyskomfort, że przeczytanie każdego kolejnego rozdziału jest nie lada wyczynem? Marlon James udowodnił, że jak najbardziej. Jego literacki debiut wstrząsa, wywołuje wstręt, dręczy, a jednocześnie zmusza czytelnika, by dotrwał do końca i poznał całą historię, która wydarzyła się w Gibbeah.

Debiut z przytupem

Księga nocnych kobiet (czyli druga z kolei powieść autora) okazała się literackim objawieniem i powiewem świeżości. Mocna, brutalna, a jednocześnie napisana niesamowitym językiem – nie mam wątpliwości, że to jedna z najlepszych powieści ostatnich lat. A jak jest z Diabłem? Okazuje się, że styl zdecydowanie jest najmocniejszą stroną pisarza, a efektu końcowego dopełnił znakomity przekład Roberta Sudóła (nie po raz pierwszy). Jednak Diabeł Urubu – powieść z pogranicza metafizyki i krwawego horroru – okazał się dla mnie dość trudną przeprawą.

James przyzwyczaił mnie już do wulgarnego języka, oralnej brutalności, ale to co wydarzyło się w jego debiucie momentami potrafi przyprawić o mdłości. Już po kilkudziesięciu stronach czułam się przytłoczona brudem, nagromadzeniem agresji, zepsucia i beznadziei. I owszem, pod wieloma względami było to na swój sposób genialne – nawet jeśli ciężkostrawne.

Krytyka czy zachwyty?

Diabła Urubu trudno zaliczyć do literatury, która może się podobać, bo jak może podobać się całkowity upadek człowieczeństwa? Jest to jednak literatura w jakiś sposób fascynująca i nade wszystko zachwycająca językiem. Niebanalne ujęcie walki dobra ze złem, z wplecionymi motywami biblijnymi oraz ludowymi wierzeniami Jamajczyków daje intrygujący efekt. Siłą powieści z pewnością są też jej bohaterowie – niezwykle złożeni, pokrętni i pełni człowieczeństwa w najgorszym wydaniu. Duża dawka symboliki i metafizyki może nieco utrudniać odbiór, ale przecież nikt nie mówił, że literatura zawsze musi być przyjemna i wygodna. Jedno wiem na pewno, twórczość Marlona Jamesa zmierza w dobrym kierunku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *